RSS

obiecany przy niedzieli Beskid

17 Mar

Pobudka i leniwe śniadanie. Nie chce się wychodzić na szlak. Z dala od problemów, z dala od wszechogarniającego pędu człowiek chciałby wieść leniwe życie. Kłaść się spać, kiedy robi się ciemno, wstawać razem z pierwszymi promieniami słońca… Spijać na śniadanie świeżo parzoną, pyszną kawę, kiedy przez okno padają na stół pierwsze promienie nowego dnia…

Jednak przychodzi moment, kiedy trzeba się zebrać i ruszyć przed siebie. Wszak nie można przesiedzieć całego dnia przy stole, kiedy przyjechało się w góry. Zatem bez mapy, z naszkicowanym w naszych głowach planem, ruszamy przed siebie.

chatka w której przyszło nam spędzić noc

zimowy Beskid

zimowy Beskid

zimowy Beskid

zimowy Beskid

zimowy Beskid

zimowy Beskid

zimowy Beskid

Po wczorajszych mgłach i nisko wiszących chmurach nie ma nawet śladu. Wita nas piękne błękitne niebo, z czasem pojawiającymi się nań chmurkami. Bezwietrzny dzień przy lekkim mrozie a więc bardzo fajna pogoda na zimową pieszą wędrówkę.

zimowy Beskid

zimowy Beskid

zimowy Beskid

zimowy Beskid

zimowy Beskid

Pogoda tego konkretnego dnia nas rozpieszcza. Nasz ambitny plan wędrówki ma prawo się udać, ale będzie to znaczyło ni mniej ni więcej a 8 godzin na szlaku z kolejną, godzinną jak się okaże, przerwą w schronisku. No ale po to stawia się przed sobą cele, aby móc do nich dążyć 😉 Na drodze w pewnym momencie pojawia się również dawny znajomy:

szlak św. Jakuba

I tutaj z miejsca, kiedy tylko zobaczyłem oznaczenie szlaku, przypomniała się rozmowa z P. dawno temu 🙂 Nie wiem, czy przy ostatnich problemach i braku czasu, zaglądasz jeszcze do mnie czasami, ale wiedz, że takie marzenia jak to powyżej trzeba spełnić. I mówię to ja, ten, który tam był i poświadcza, że warto! – Nie ma sprawy, mobilizacja do zrobienia tego kroku i wejścia na wędrówkowy szlak jest naturalnie w stu procentach darmowa 😉

Nasze dalsze wędrowanie to prześciganie się ze słońcem, które kiedy tylko wychodziliśmy na większą i otwartą przestrzeń… chowało się za chmurami. Więc nici ze zdjęć w pełnym, odbijającym się od śniegu słońcu. Kilka jednak udało się cyknąć, i za namową tych, którzy stwierdzili, że będą je oglądać przy południowej kawie ( 😉 ), wrzucam:

zimowy Beskid

zimowy Beskid

zimowy Beskid

zimowy Beskid

zimowy Beskid

zimowy Beskid

zimowy Beskid

Tak też docieramy na Leskowiec. Po drodze spotkaliśmy jednego jegomościa z Bielska i to całe życie, jakie tego dnia przewija się przez szlak. Dopiero na szczycie, spotykamy parę 60+ która również kieruje się w stronę schroniska. Cisza, cisza i jeszcze raz cisza. Czy może być coś piękniejszego od zimowych gór?

Rozmarzyłem się. Znowu. Muszę nad tym zacząć panować 🙂 Kilka zdjęć ze szczytu 920 metrowego Leskowca dla kawowych pasjonatów 😉

zimowy Beskid

zimowy Beskid - szczyt Leskowiec

zimowy Beskid - szczyt Leskowiec

zimowy Beskid - szczyt Leskowiec

zimowy Beskid - szczyt Leskowiec

zimowy Beskid - szczyt Leskowiec

zimowy Beskid - schronisko na Leskowcu

Do schroniska docieramy około 14 o ile dobrze pamiętam (a kłamać nie chcę). Obiad na sucho, do tego skusiłem się na kisiel, której to decyzji do dzisiaj żałuje. Finezyjne ceny za pospolite dania w schroniskach raczej odstraszają człowieka niźli przyciągają. Cóż zrobić, trzeba nosić wszystko ze sobą i wspierać starą, sprawdzoną Biedronkę 🙂
Po obiedzie zapada decyzja, że jeśli się sprężymy, to po zapadnięciu zmroku, ale jeszcze przy całkiem przystępnej godzinie, powinniśmy dotrzeć do upatrzonej wcześniej chatki. Cóż, komu w drogę jak to mówią…

zimowy Beskid

zimowy Beskid

zimowy Beskid

zimowy Beskid

zimowy Beskid

zimowy Beskid

Słońce drażni się z nami i nie chce zajść za masyw. Skutkiem tego przez ostatnie minuty ciepłymi promieniami ogrzewa nasze twarze i motywuje do wydłużenia kroku. Za chwilę schowa się za szczytem, a nam pozostanie naciągnąć chustę na twarz, kaptur na głowę i przedzierać się po ciemaku przez leśne dukty…

zimowy Beskid

zimowy Beskid

Nocą idzie się inaczej. Jest dużo ciężej, trzeba uważać pod nogi. Roztopiony w ciągu dnia śnieg ponownie zamarza tworząc na szlaku lodową czapę. Momentami przy roztopach płynie wszystko, zatem śnieg zapada się pod nami i tym samym dodatkowo nas opóźnia. No ale, nie może być aż tak źle, więc jest też coś, czego nie przedstawię zdjęciem. To jedna z tych chwil, dla których warto jest zapomnieć się w górach.
Onegdaj kilka osób pytało mnie, czy jest sens jechać na dzień czy dwa w góry? Przecież będę tam tylko przez chwilę, masę godzin spędzę za fajerą i wyniesie mnie taki wypad kupę kasy. Wtedy właśnie uśmiecham się i mówię, że nie jestem w stanie tego wytłumaczyć, a nawet gdybym był, i oddał słowami to co czuje w górach, to i tak byś nie uwierzył(a). Właśnie taka chwila nastała, kiedy szlak wiódł nas odsłoniętym podejściem przez jakiś niewysoki szczyt. Zatrzymaliśmy się i patrzyliśmy w górę, w gwiazdy, których tysiące błyszczały na niebie. Ani jednej chmurki, delikatny wiatr wiejący z boku i… ta cisza. Po wyłączeniu czołówy, pomimo, że księżyc nie świecił, było jasno. Światło odbijające się od będących na wyciągnięcie ręki gwiazd, oświetlało szlak, którym gdyby nie lód, można było śmiało iść po ciemku.
Uśmiech. Krótkie pytanie:
– Jak to opisać?
i równie krótka odpowiedź:
– Nie da się.
Dlatego kiedy z kimś rozmawiam o górach, i uśmiecham się mówiąc, że nie potrafię czegoś opowiedzieć… słuchajcie to nie dlatego, że nie chce tracić czasu na tłumaczenia, czy brakuje słów w moim i tak mocno zubożałym ostatnio słowniku. Są takie momenty, kiedy najdokładniejsze, najbardziej szczegółowe opisy miejsc i zdarzeń nie są w stanie w pełni oddać danej chwili. To właśnie dla takich chwil warto zapomnieć się w górach. A jak już będzie Wam dane przeżyć choć jedną, staniecie na głowie, aby jak najczęściej wracać po więcej 🙂

Wreszcie po kilku kilometrach nabitych już po zmroku naszym oczom ukazuje się małe światełko. Małe, ale jakże piękne światełko, które oznacza ciepłą izdebkę, może jakiś piec, przy którym można przycupnąć i ogrzać zmarznięte gnaty. Serce rośnie…

zimowy Beskid

Znajdujemy w niej ciepły kąt i nocleg na noc. Miejsce, gdzie można się wysuszyć, odpocząć, zjeść jakąś ciepłą zupę, napić się dobrej herbaty. Są inne zagubione dusze, jest stół zastawiony plecakowymi specjałami, jest jakaś flaszka i druga. Wreszcie znajduje się gitara i płyną piosenki aż mijają północ i płyną dalej na spotkanie nowemu dniu…

chatka gdzieś w Beskidzie

Rano wstajemy uśmiechnięci od ucha do ucha. Piękne słońce za oknem, śniadanie mistrzów, aż nogi same ciągnął na szlak. Kiedy wychodzimy, nic już nie jest takie jak było przed śniadaniem. Po słońcu ani śladu, błękit nieba schowany gdzieś pod płaszczem szarych chmur. Wiatr dmie jak oszalały, a miał być taki piękny dzień… Nic to, ruszamy 🙂

Beskid w marcu

Beskid w marcu

Beskid w marcu

Beskid w marcu

Beskid w marcu

Beskid w marcu

Beskid w marcu

Beskid w marcu

Podróż umilamy sobie historiami z podróży. Jedna z nich, stara jak świat, mówi o Drakuli i jest związana z miejscowością Whitby w północno wschodniej Anglii. O tamtejszych ruinach, cmentarzu i kamiennych schodach. Zrobiło się trochę strasznie, a na szlaku którym drepczemy pojawiają się co chwilę ślady łap. Co raz większych łap. Historie o wilkach same tak jakoś przyszły do głowy, no więc straszymy się nimi nawzajem. Śmiech schodzi z naszych ust, kiedy znajdujemy rozszarpaną małą sarenkę. Masa skóry, kości, ślady krwi i konsumpcji na śniegu. Człowiek zaczyna ciut inaczej podchodzić do tematu, z którego przed chwilą mieliśmy niezły ubaw.

Nr buta 47. Pytanie brzmi: co zostawiło takie ślady?

Wyobraźnia chciał-nie chciał, zaczyna działać. Fajny dreszczyk przeszedł po ciele, bo właśnie zaczynało się już ściemniać… (zainteresowanym napiszę tylko, że tak, mam zdjęcie owej sarenki, i nie, nie zamieszczę tegoż zdjęcia na blogu 🙂 )

Przemy przed siebie, wracając na Żar. Tam ostatnie zdjęcia przed pożegnaniem Beskidu. Jak raz zaczęło się akurat przejaśniać…

Żar

Żar

Pozdrowienia dla tej, która zdecydowała się na ów wypad. Dla tych, którzy nie byli – żałujcie, bo macie czego. Jednak tyle jeszcze gór przed nami, na bank na szczyt którejś wejdziemy razem. Pozdrawiam również kawowych obserwatorów, dla których większość owych zdjęć została zamieszczona a wszystkich tu zaglądających przepraszam za poślizg.

Beskid Mały jest wspaniały 😉
Zatem do zobaczenia na szlaku!

Reklamy
 

Tagi: , , , , , ,

5 responses to “obiecany przy niedzieli Beskid

  1. My way to Tokyo

    18 marca 2013 at 13:48

    A o którym Beskidzie mowa?

     
  2. emi

    25 marca 2013 at 23:12

    Nic dodać, nic ująć, lepiej bym tego nie opisała. Aż by się chciało wrócić do tamtych chwil.

    PS. Wiesz, że w B.Małym są wilki? 😀

     
    • T.

      28 marca 2013 at 21:02

      Oczywiście, że wiem…
      Dlatego tak ochoczo o nich prawiłem 😉

       

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

 
%d blogerów lubi to: