RSS

Borjomi National Park – Route 1 dzień/part 3 ;-)

21 Czer

Borjomi National Park - Route 1 (15)

Borjomi National Park - Route 1 (16)

Borjomi National Park - Route 1 (17)

Borjomi National Park - Route 1 (18)

Borjomi National Park - Route 1 (19)

Borjomi National Park - Route 1 (20)

Borjomi National Park - Route 1 (21)

Borjomi National Park - Route 1 (22)

Borjomi National Park - Route 1 (23)

Borjomi National Park - Route 1 (24)

Borjomi National Park - Route 1 (25)

Borjomi National Park - Route 1 (26)

Borjomi National Park - Route 1 (27)

Borjomi National Park - Route 1 (28)

Borjomi National Park - Route 1 (29)

Stety czy nie, spotykam kolejną grupę pasterzy pędzących bydło w górę naszego szlaku. Nie mogąc dogonić jadącej konno Pauline, kożystam z kolejnego zaproszenia i przysiadam się do pasterskiego ognia i kolacji. Jest już po zachodzie słońca. Umowne 15 minut z pasterzami, jakieś toast, zagrycha i trzeba ruszać dalej. Dostałem radę, aby iść wzdłuż strumienia i za bliżej nie określony czas odbić w lewo. Pokrywało się to również ze szlakiem, który miałem zaznaczony na swojej mapie. Zatem ruszam.

zalesiony szlak...

i zabłocone rozlewiska

Oczywiście ja, jak to ja. Z kamyczka na kamyk i tak przegapiłem zejście ze szlaku. No coś za daleko tym strumykiem idę. Swoją drogą strumyk przestał przypominać strumyk i zamienił się w rzeczkę. Nic to, dzisiaj nie ma sensu nigdzie iść. Wyciągam mapę – jeżeli wszystko dobrze obliczyłem, to jutro nasz szlak po raz kolejny powinien przecinać tą rzekę. Zatem trzymając się rzeki rano bez problemu wrócę na szlak. Wszystko gra i buczy. O Pauline zbytnio się nie martwię, bo przecież kawałek przed nią jest Jonas. Zatem rozstawiam namiot, wyciągam śpiwór i już mnie nie ma.
Budzę się ok 6. Jest już jasno, chociaż słońce jeszcze nie zajrzało w naszą dolinę.

poranek nad rzeką

Szybkie śniadanie i zbieranie gratów zajmuje z pół godziny i około 6.30 już drepcze sobie w dół rzeki. Pojawia się coraz więcej dopływów, poziom podnosi się na tyle, że zaczyna brakować suchych kamieni. Znowu spojrzenie na mapę. No jeszcze ze dwa kilometry i nasz szlak powinien przecinać rzekę. Zdejmuję spodnie i buty. Pierwsze lądują w plecaku, drugie zaś związane sznurówkami przewieszam przez kark. Mały masaż stóp na kamienistym dnie górskiej rzeki i sunę dalej. Tempo oczywiście spada, ale cały czas toczę się do przodu. Został może z kilometr. I w tym momencie zaczyna się moja ‚próba’, którą sam sobie zgotowałem. Pojawiają się małe kaskady wodne, które z czasem zamieniają się w 1,5-2metrowe wodospady. Cóż idę dalej. W zasadzie, to powinienem już spotkać swój szlak przecinający rzekę. Nie bardzo rozumiem co jest nie tak. Stoję po pas w górskiej wodzie z plecakiem na plecach i z butama przewieszonych przez kark. Co tu jest nie tak? Jeszcze kilka metrów i wszystkie moje wątpliwości zostają rozwiane. Na mojej ‚rzecznej’ drodze pojawia 6-7 metrowy wodospad, u stóp którego wiedzie wspomniany wcześniej szlak. Cholera, czemu nikt nie zaznaczył tego wodospadu na mapie…? Jestem wściekły na siebie. Nie ma opcji, żebym nawet rozważył zejście tym wodospadem w dół. Odwracam się za siebie z 5 może 6 dwumetrowych wodospadów, którymi tutaj dotarłem. No ciężko będzie wejść nie mocząc wszystkiego, a później będę musiał się cofać ładnych kilka kilometrów tą rzeką. Prawo, lewo? Niemal pionowe skały, po których wciąż ścieka woda do strumienia. Jeszcze raz spoglądam na wodospad. Że też sam się w to wszystko wpakowałem… No nic to. Szlak według mapy powinien iść górą, po mojej lewej stronie. Zatem wybór prosty – lewa ściana.
Nigdy wcześniej nie wspinałem się pod kątem 30stopni, odchylony przez plecak do tyłu, kurczowo trzymając się ściany. Do tego musiałem jeszcze na tej ścianie założyć spodnie i buty. Naprawdę, tym razem przeszedłem sam siebie. Po jakichś 20minutach ekwilibrystycznych wygibasów owa sztuka się udała. Zostało też może z 8 metrów skały i zaczynały się krzewy zwisające ze skały. Owe krzewy zresztą chyba mnie uratowały. Moja waga z plecakiem to ok 110kg. Pnącza krzewu, które wykorzystywałem do wciągania się po ścianie były średnicy ok 2-3cm. Sami możecie sobie wyobrazić jak wyglądała moja trasa. Szukanie stopami jakichś szczelin i zapieranie się nogami. Potem podciąganie się na pnączach krzewu, ale ostrożnie i nie za mocno, żeby tego pnącza nie urwać. Na koniec szukanie wolną ręką kolejnych pnączy i powtarzanie wszystkich czynności od nowa. Makabra. W czasie tego podejścia, tuż po wyjściu z wody a przed założeniem butów, zrobiłem sobie pokaźnych rozmiarów dziurę w prawej stopie. Później w czasie podciągania się na pnączach po przedzierałem spodnie i pokaleczyłem o skały uda, kolana i piszczele. Możecie wierzyć, jeszcze nigdy w górach tak mocno nie musiałem pracować mięśniami rąk i grzbietu jak w Borjomi.

Samo wejście po skale zajęło godzinę czasu. Później podejście stromym zboczem w górę kolejną. Ok godziny 9.30 znalazłem się w miejscu gdzie powinniśmy nocować. Rozglądam się na prawo i lewo, obchodzę polanę… Nigdzie nie ma namiotu Jonasa. Pomyślałem, ze razem z Pauine śpią w oddalonym o 2km schronisku. No to co, w podartych spodniach i z pocharatanymi nogami obieram za cel schronisko. Po pół godzinie marszu.. lipa. Schronisko okazje się puste. Kurde, no wszystko przeciwko mnie. Kolejne pół godziny tracę na powrót owymi dwoma kilometrami na szlak. Zbieram myśli i po mojemu to jest tak:
Pauline z Jonasem wstali z rana, zobaczyli, że mnie nigdzie nie ma, więc pewnie postanowili kierować się w stronę wyjścia z parku. Wydawało mi się to logicznym rozwiązaniem, ponieważ ja miałem nasze pozwolenie na pobyt w parku, więc aby opuścić teren parku musieli poczekać na moją osobę. Dobra, ostatni cel do osiągnięcia w parku – wyjście 😉
Ok godziny 12 jestem przy wyjściu. Mijam budkę strażników parku gdzie siedzi jeden kompletnie napity jegomość. Pyta się o pozwolenie na pobyt – pokazuję. Wszystko w porządku. Pytam grzecznie o Hiszpana i Francuzkę, i dowiaduję się, że już wyszli z parku i żebym szedł tą drogą za nimi. Kurcze, no to idę…
Od wyjścia z parku trzeba jeszcze pokonać jakieś 5-6km aby dostać się do stacji kolejowej. Mniej więcej w połowie tej drogi zaczynają się pierwsze zabudowania i pierwszy sklep tzw ‚pierwszej potrzeby’ czyli wódka, piwo, fajki i chleb. Kiedy odpoczywam sobie w cieniu jakiegoś drzewa z wielką prędkością mija mnie stary ruski łazik. Po kilkunastu metrach zatrzymuje się na szutrowej drodze a kierowca o mały włos nie gubiąc skrzyni biegów, wrzuca wsteczny. Wracają i podbijają do mnie. Cała seria pytań, jak: -Skąd jesteś? -Skąd idziesz? – Ile dni? -Z kim tutaj jesteś? – Czy byłeś z Hiszpanem i Francuzką? – Ile dni? – Kiedy widziałeś ich ostatni raz? – Dlaczego nie idziecie razem? itd. Na mojej twarzy zdziwienie, bo nie bardzo ogarniam o co w tej całej zgadywance chodzi… Zatem wypalam pytaniem za 5 punktów, czy coś się stało i gdzie są moi znajomi? Ranger odpowiada z uśmiechem, że nic się nie stało. Hiszpan wczoraj opuścił teren parku, a Francuzka dzwoniła do informacji turystycznej w Borjomi, że jest w parku, śpi na polanie, i generalnie, no to chyba się zgubiła…

Reklamy
 
1 Komentarz

Opublikował/a w dniu 21 czerwca 2013 w Gruzja, Podróż

 

Tagi: , , , , , ,

One response to “Borjomi National Park – Route 1 dzień/part 3 ;-)

  1. Liliana Arkuszewska

    21 czerwca 2013 at 22:13

    Spać na polanie możesz, obyś tylko się nie zgubił. Szerokiej drogi!

     

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

 
%d blogerów lubi to: