RSS

Stepanakert, czyli jak do Górskiego Karabachu zawędrowaliśmy…

11 Lip

Decyzja o wyprawie do Górskiego Karabachu zapadła nieco wcześniej. Potrzebny był czas, aby wyrobić wizę w ambasadzie Karabachu w Erewaniu. Także śmiało od samego początku mogę napisać, że wyjazd ze wszech miar zaplanowany. Przynajmniej jego cel, stolica Republiki Karabachu – Stepanakert.

Zanim wrzucę te kilka zdjęć i króciutko skrobnę co tam u nas ciekawego, jeszcze mały rys historyczny. Wojna o Górski Karabach pomiędzy Armenią a Azerbejdżanem zakończyła się w 1994roku zawieszeniem broni, które do dzisiaj jest notorycznie naruszane przez obie strony. Po wysiedleniach ludności cywilnej wielu Ormian, Azerów, jak również Asyryjczyków czy Kurdów musiało odnaleźć się w nowej rzeczywistości z dala od miejsc gdzie do tej pory mieszkali.
Dziś Karabach przez wszystkie państwa świata uznawany jest za integralną część Azerbejdżanu a jego stolica nosi azerską nazwę Xankəndi.

Zatem lądujemy w stolicy Karabachu – Stepanakercie. Republika, której podobnie jak Naddniestrza nie ma na mapie, wita nas upalnym słońcem i chłodnym wiatrem. Wszędzie widoczna armeńska armia, wszechobecne są flagi republiki, na budynkach, w parkach czy też na skwerach.
Stare rozpadające się budynki, pamiętające niejednokrotnie pewnie cara, kontrastują z nowymi, dopiero co oddanymi do użytku. Najlepszym przykładem jest biblioteka miejska, która bardzo silnie kontrastuje z przylegającymi do niej… barakami i małą manufakturą.

Biblioteka w Stepanakercie

Straszą śladami po kulach również budynki mieszkalne. Pierwszy z brzegu, sfotografowany w okolicach wspomnianej biblioteki. Tak stety wygląda w dalszym ciągu większa część stolicy Karabachu.

elewacje wciąż straszą śladami po kulach

Na mieście nie ma zbyt wielkiego ruchu. Aut niewiele, a te które są przypominają jak blisko stąd potrafi być do Japonii. W większości jednak na drogach znajdziemy relikty poprzedniego systemu w postaci leciwych Ład, Wołg i…  Moskwiczy. Jednakże nie ma tego złego. Niewielki ruch sprzyja spacerom, dlatego większą część dnia spędzamy na spacerach… No właśnie. Właściwie to na jednym długim spacerze po głównej ulicy Stepanakertu przy której znajdziecie wszystko od dworca autobusowego, przez szkołę, policję po rządowe siedziby.

Rondo kończące główną ulicę miasta

My siadamy przy fontannach, które podobnie jak w Erewaniu w połączeniu ze światłami i muzyką dają koncert dla zmęczonych upałami mieszkańców miasta. Nie ukrywam, że kusi nas też znaczek ‚free wi-fi’ wbity w trawnik. Kucze, żem się nie spodziewał, że stąd do Was będę pisał.

Szkic wpisu zapisałem, teraz pora na jego drugą część. W drodze powrotnej wstępujemy do lokalnego sklepu pierwszej potrzeby chcąc zakupić coś na kolację. Znajdujemy… polskie wydanie owego sklepu czyli chleb, fajki, piwko i wódeczka. No prawie jak w domu, aż się uśmiechnąłem sam do siebie.

"co wylicze, to wylicze..."

armeńskie siostry z Karabachu

No co, przecież mam urlop, nie? 😉
Oczywiście trzymamy się najprawdziwszej prawdy, czyli sportowcy nie piją… Wracamy do wynajętego mieszkanka. A właśnie, mieszkanko. Prawie zapomniałem opisać, a jest tego warte. Szukając hotelu odbijaliśmy się od recepcji wszystkich hoteli w mieście. Cena 25$ od osoby odstraszała i przez dłuższą chwilę byliśmy nawet skłonni nocować w plenerze, ale nigdy nie wiecie co Was spotka za rogiem. Otóż na nas za rogiem czekał… optyk. Jegomość władał nieco angielskim i biegle rosyjskim, zaproponował kwartire. No z miejsca przechodzimy do ceny, 10$ od osoby. Kucze. Zapewnia, że ciepła woda jest, idziemy. Byłem przekonany, że wytargowaliśmy pokój, a tymczasem otrzymaliśmy do naszej dyspozycji całe mieszkanie. No jak za 20$ dwa pokoje, kuchnia, łazienka i balkon z widokiem na śmietnik… Nie było najgorzej. Zatem wieczorkiem kameralna kolacja w domowym zaciszu. Nigdy nie wiesz co Cię czeka w republice, której nie ma 🙂

kwadrat w Stepanakercie

Ranek wita nas równie pięknym słońcem jak zawsze. W Armenii i w Karabachu chyba nigdy nie pada. Przynajmniej nie wtedy, jak ja tutaj przebywam. Z rana dobra kawa stawia na nogi… To już końcówka polskiej, ale raz na jakiś czas można zaszaleć. Tym bardziej jak jest ciepła woda i czajnik elektryczny. Wreszcie kubek nie śmierdzi ogniskiem 🙂

Stepanakert za dnia

 

Z rana trzeba się zbierać, szkoda marnować czas w mieście skoro w drodze widzieliśmy tyle przepięknych miejsc. Trzeba będzie je teraz odwiedzić. Na dworcu kolejne zderzenie z Karabachem. Kupujemy bilet, gdzie to przeklęte miejsce z którego rusza nasz marszruta?

marszrutki w Karabachu

Pamiątkowe zdjęcie i… mamo, mam nadzieję, że to nie będzie żadna z tych…

Trzymajcie kciuki za T na końcu świata 😉

 

Reklamy
 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 11 lipca 2013 w Armenia, Podróż

 

Tagi: , , , , , , , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

 
%d blogerów lubi to: