RSS

Archiwum kategorii: Przygoda

W obiektywie: Nowy Rok


Giewont

Giewont (1)

Giewont (2)

Giewont (3)

Z pozdrowieniem dla spotkanej na szlaku Beaty 😉
No góra z górą się nie zejdzie, a człowiek z człowiekiem!
Mały ten nasz świat…

Reklamy
 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 5 stycznia 2014 w Przygoda, W obiektywie:

 

Tagi: ,

I… jeszcze więcej farby :-)


Kolejnych 20 litrów akrylu załatwiła nam MałaMi. W sumie mamy 170 litrów. A wiem, że będzie więcej 😉

 

Farby MałaMi

Next 20 liters from MalaMi. In total, we have 170 liters. And I know that, there will be more 😉

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 10 października 2013 w Przygoda

 

Tagi: ,

odliczanie


Pozostaje jakiś tydzień do rozpoczęcia rozjazdów. Na spokojnie teraz trzeba dopinać szczegóły. Jeżeli wyjdzie tak jak zakładam, no to chyba przez lwią część tego roku będę musiał prowadzić bloga z podróży… Cóż, dlaczego coś ma wyjść nie tak? 🙂

Z uwagi na zakręcony okres w życiu i masę rzeczy, nad którymi muszę trzymać pieczę ostatnimi czasy, w kilku krótkich zdaniach chcę Was na spokojnie zaprosić do sierpniowej zbiórki wyprawek dla dzieciaków z polskich szkół na Wileńszczyźnie. Dlaczego teraz? A no dlatego, że później nie będę miał najpewniej głowy, ażeby na dłużej się rozpisać w tym temacie.

 

Słuchajcie, rzeczy które będziemy zbierali są naprawdę wszelakie. Będziemy chcieli zorganizować, kolejny już raz wyprawki, na nowy rok szkolny. W tym roku – podobnie jak w ubiegłym – stawiamy na zeszyty. Grube 80- i nieco cieńsze, 60-kartkowe. Najmłodszym uzupełnimy owe wyprawki o artykuły plastyczne. Do tego artykuły piśmiennicze i biurowe. Każda ilość papieru w formatach A3 i A4 do szkół…
Oczywiście w sprawach szkolnych zatrzymujemy się na chwilę dłużej. Artykuły budowlane. Szeroko pojmowane ‚graty’ do remontu klas. Od gipsu, po kontakty. Rozpuszczalniki. Farby w wiaderkach 10l do malowania klas. Wszystkie małe pierdołki, taśmy malarskie, folie malarskie, pędzelki.
Szukamy również dojścia do przedstawicieli handlowych, może do jakichś składów budowlanych, które chciały i mogłyby w jakiś sposób się dorzucić.

Ponadto oczywiście słodkości, które lubią wszystkie dzieci, a które na pewno osłodzą rozpoczęcie roku szkolnego. To tak w bardzo dużym skrócie. Są jeszcze i inne rzeczy, jak chociażby chemia gospodarcza czy pokaźniejsza gabarytowo budowlanka, tym jednak zajmiemy się już we własnym zakresie.

Oczywiście zbiórki jako takie będą przeprowadzane w drugiej połowie sierpnia i raczej w wąskim gronie osób. Akcja będzie ogłaszana w kilku ‚miejscach’ internetu, ale bez zbytniej natarczywości.

 

A co do mnie. Z podróży postaram się raz czy dwa razy napomnieć o owych zbiórkach, które będą przeprowadzane tutaj w Warszawie. Gdzie będę przypominając o nich?  No cóż, tego nie wie nikt… 😉

 

 
2 Komentarze

Opublikował/a w dniu 9 Maj 2013 w Przygoda

 

Tagi: , , ,

Para buch, skoda w ruch…


Czas znowu zapakować się w auto i ruszyć przed siebie. Czy będzie warto? Ach, pytanie!

Z serdecznymi pozdrowieniami dla tych, którzy odliczają dni do weekendu, i jeszcze większymi dla tych, którzy wypatrują już wiosny! I weekend i wiosna przyjdą wcześniej niż się spodziewacie 😉

 

I pamiętajcie, że uśmiechem warto witać każdy nowy dzień 😉

 
2 Komentarze

Opublikował/a w dniu 13 lutego 2013 w Przygoda

 

Tagi:

Japonia cz. V


Do Tokio docieramy w godzinach popołudniowych. Wyprawa Shinkansenem należy do tych, które ciężko zapomnieć. Olbrzymia prędkość, komfort i estetyka wnętrza, to coś, czego chyba jeszcze przez długi czas próżno będzie szukać w realizowanych przez PKP połączeniach. Do tego uczucie, kiedy nasz pociąg stoi na stacji i w tym samym czasie środkowym torem przejeżdża z ogromną prędkością inny, który akurat na tej stacji się nie zatrzymuje. Wagonem rzuca na boki, ale wszyscy wewnątrz zdają się to ignorować. Ot, normalna sprawa przy tych prędkościach, każdy zdążył się już przyzwyczaić…

Tokio (1) Read the rest of this entry »

 
3 Komentarze

Opublikował/a w dniu 21 stycznia 2013 w Japonia, Podróż, Przygoda

 

Tagi: , , , , , , , ,

Łotwa


Chciał – nie chciał wypad na Łotwę można nazwać spontanicznym. Szybka decyzja, trzy telefony, bochenek chleba i kawałek kiełbasy w reklamówkę… No to jadę 🙂

Najpierw po pasażerów, którzy mieli małą przygodę, później bezpośrednio na… Ogrodniki. Przejście graniczne z Litwą minięte w środku nocy i bez większego problemu. Chwilowe zamieszanie przy przebudowywanych na Litwie drogach, i już mkniemy w kierunku Kowna. Około drugiej w nocy mijamy samo miasto i kierujemy się autostradą w stronę Kłajpedy. Kiedy docieramy do portowego miasta jest już widno. Jeszcze małe odbicie na północ, jeszcze Panalga, jeszcze mała kontrola na przejściu granicznym i tych parę kilometrów… Wreszcie, zaraz po wschodzie słońca, meldujemy się w łotewskiej Lipawie.

Samo miasto można porównać np. do Jeleniej Góry, chociaż na Łotwie jest trzecim co do wielkości miastem.

Wita nas bardzo ładna pogoda, chociaż jest raczej chłodno. Do tego od morza wieje porywisty wiatr… Czyżbyśmy znowu nie trafili z pogodą? Szybka wycieczka na plaże i śniadanie. Po długiej trasie to jest najważniejsze. A jeszcze przy tym szumie fal…

Bardzo szerokie plaże, to coś co od razu rzuca się w oczy. Do tego twardy, ubity piach, po którym nocą jeżdżą nawet auta. Coś co nad polskim Bałtykiem raczej by nie przeszło. No chyba, że z napędem 4×4, ale takiego w skodzianie nie posiadam 😉

Zatem pół dnia spędzamy na błogim lenistwie na plaży. Odważniejsi zażywają morskich kąpieli.

Języka łotewskiego praktycznie nikt nie używa. Jest to młody kraj, który w zasadzie nie ma świadomości narodowej. Ludzie mówią wprost, że język łotewski jest im nie potrzebny. Wolą rozmawiać po rosyjsku, ponieważ ruski jest dla nich językiem uniwersalnym. Przyjedzie rusek – pogadają po rusku, przyjedzie Litwin – dogadają się po rusku, przyjedzie Polak – dogadają się po rusku. itd. itd. Dlatego też rosyjski, mimo, że nie jest językiem urzędowym, można często (dużo częściej niż łotewski) gęsto usłyszeć na ulicy. Obiad wciągamy za niecałe 2 łaty, czyli jakieś 10 złotych. Ceny w sklepach a także wartość łata sprawiają, że jest to dla Polaków tani kraj.

Samego miasta jednak nie podejmuje się opisywać. W starszej części może i wciąż stoją drewniane domy z początku wieku, albo murowane czerwonoceglaki, pamiętające jeszcze silne wpływy kultury niemieckiej… Ale prawda jest taka, że wywarło na mnie raczej przygnębiające wrażenie. Samo w sobie miasto jest czyste, ale… puste. Niewiele się tutaj dzieje, w zasadzie nie ma ludzi. W porównaniu z Warszawą miasto jest naprawdę opustoszałe. Co jakiś czas przejedzie głośno zgrzytając tramwaj, i.. nic.

Z uwagi na brak funduszy u moich pasażerów a także, w perspektywie, zrobienia auta po dachu, odpuszczamy dalszą część wycieczki. Nie dojeżdżamy ani do Rygi, ani nie ruszamy jeszcze dalej. Cóż. Może innym razem, w innych okolicznościach…

Jeszcze przy wyjeździe haltują nas łotewskie wąsy – niby to za brak świateł (w szwedzkim samochodzie ;)) Jeszcze pusta rozmowa, że budiem pisat, 30 jewro. Jeszcze, że może jaki suvenir by chcieli z magazinu? Ach, ale to zakrite magaziny… No to może coś ze sobą mamy? Nie mamy? No to cóż, 30 jewro budziem pisat. Skończyło się na tym, że życzyliśmy sobie wzajemnie spokojnej nocy i szerokiej drogi. Eh te ruski pogaduszki o niczym…

Cały powrót mija spokojnie. Cały skład zasypia kamiennym snem, a budzą się na dobre w okolicach… Serocka.

Tak to i zleciał spontaniczny wypad na Łotwę. Zapytany: „Czy warto było tak się tłuc?” odpowiem. Trzeba to przeżyć 😉

I tą małą uszczypliwością zakończymy.

 
4 Komentarze

Opublikował/a w dniu 23 lipca 2012 w Przygoda

 

Tagi: , , , , ,

Auć…


Nijaka taka ta nasza wiosna. Już się cieszyłem, kiedy w Toruniu przy 18 stopniach spacerowaliśmy sobie po mieście. A tutaj bach – trzeba przeprosić się z zimową kurtką. Co to się porobiło. Wiem, że dopiero kwiecień się zaczyna, ale czy nie mogłoby się unormować choćby tak na plus 10?

Weekend miał wyglądać nieco inaczej niżeli wyglądał w rzeczywistości, ale absolutnie nie żałuję. Z gór świętokrzyskich nic nie wyszło, ale zostały one zamienione na wschodnie Mazowsze. A tam…? A no śnieg. Śnieg i ten obieżyświat na hardkorze, którego z tego miejsca serdecznie pozdrawiam 🙂

Bo wiosna to nie jest pogoda za oknem. Wiosna w tym kraju, to stan umysłu. Zatem sezon motocyklowy ogłaszam za rozpoczęty, wiosnę za przywitaną, a akcję… za rozpoczętą 😉

 
3 Komentarze

Opublikował/a w dniu 2 kwietnia 2012 w Przygoda

 

Tagi: , ,

Porto, Gaia, Espinho, Lizbona


Z samego rana probuje zlapac jakis transport z Porto do Lizbony. W miedzyczasie z Porto docieram do miejscowosci Gaia. Tam spotykam Anite, ktora kompletnie zmienia moje plany na ten dzien. Szybki powrot do Lizbony i cala masa zaslyszanych portugalskich historii i legend, to tylko fragment dzisiejszego dnia.

Okolo godziny 16, dzieki Anicie, docieram do Espinho. Tam krotki piknik na plazy i pora lapac stopa dalej…

Po jakichs dwoch godzinkach lapie stopa do Aveiro, a okolo 23 ciezarowke do Lizbony. O 1 w nocy melduje sie w Lizbonie. Udalo sie! Musialo sie udac…

c.d.n.

😉

 
5 Komentarzy

Opublikował/a w dniu 24 lutego 2012 w Przygoda

 

Tagi: , , , , , , ,

Porto


Do samego miasta docieram około południa. Jest ciepło, około 18 stopni. Pogoda jak najbardziej wiosenna, co nastraja do zrzucenia z siebie wiekszej ilosci rzeczy. Szybke rozeznanie po miescie w poszukiwaniu jakiegos hotelu z elektrycznoscia i pierwsze zdjecia.

Miejsce do spania na dzisiaj polapane. Co najwazniejsze, jest troche pradu, aby doladowac akumulatorki w aparacie. Czas na zwiedzanie! Z aparatem w reku robie jakies 15km po samym miescie. Najchetniej wrzucilbym wszystkie zdjecia, ale internet, ktorym dysponuje, moglby tego nie wytrzymac. Dlatego ciekawscy musza sie wstrzymac do mojego powrotu 😉

I dla skrycie teskniacych za wiosna na poprawe samopoczucia…

Ani sie nie obejrzycie, jak i u nas tak bedzie 🙂

 

Dziekuje wszystkim, ktorzy zagladaja tutaj czasami. Fajnie jest wiedziec, ze ktos czyta te wypociny z podrozy. 12.500 odwiedzin. Nie spodziewalem sie, naprawde 🙂

 
3 Komentarze

Opublikował/a w dniu 23 lutego 2012 w Przygoda

 

Tagi: , , ,

Japonia cz. IV


Wstajemy wcześnie rano wraz ze wschodem słońca. Nie wiem która może być godzina, szósta? Szybko zwijamy graty, śpiwory i namiot, nim wypatrzą nas wścibscy ludzie. Kierunek stacja kolejowa. Bilety do Kyoto zakupione przy pomocy mimiki, ruszamy…

W pociągu zmierzającym do Kyoto zauważamy, że nie pasujemy do tej bajki. Pomijam brudne ciuchy, plecaki i zmęczenie podróżą. Otóż wszyscy z rana jadą do pracy, jak byśmy to powiedzieli, na wyjściowo. Wszyscy wyglądają tak samo. Mężczyźni biała koszula, czarne spodnie i pantofle. Różnica może być tylko jedna – zapięty bądź rozpięty ostatni guzik pod szyją. Finezja? Oczywiście, każdy może ją wyrazić poprzez dobranie krawatu do koszuli, nic poza tym. Kobiety? Bardzo podobnie. Białe bluzki, czarne spódniczki. Czy to pracownicy biurowi, czy fizyczni. Studenci, czy emeryci, wszyscy ubrani według obowiązujących norm zwyczajowych. Jedynym kolorowym akcentem w tej masie ludzkiej są dzieci, od których biją jeszcze kolory. Zatem jesteśmy dwójką białych z dziwnego kraju w Europie, którzy nie pasują do tej wielkiej masy ludzkiej, podążającej pociągiem podmiejskim do biur, szkół i uczelni. Cóż, z wtapiania się w tłum – nici.

Wartą opisania sprawą, jest niespotykany u nas widok z okien pociągu. Otóż pracodawcy organizują z samego rana gimnastykę dla swoich pracowników. 15 minutowy trening, w czasie którego przed budynkiem firmy wszyscy się rozciągają, ćwiczą pajacyki bądź robią przysiady. Oczywiście wszyscy w swoich białych ‚roboczych’ koszulach. Wygląda to… niecodziennie, ale jak się później dowiadujemy z internetu, dzięki takiej gimnastyce porannej, Japończycy znacząco zmniejszyli procent zawałów, miażdżyc czy też zwyrodnień. Ot, ciekawostka… Tak dojeżdżamy do Kyoto.

Samo Kyoto przygniata nas swoją wielkością. Na mieście ogromne ilości autobusów i taksówek. Ulice z reguły mają od dwóch do czterech pasów. Dojeżdżamy akurat na poranny szczyt, dlatego ciężko się odnaleźć po dniu spędzonym w świątynnych zaciszach. Z miejsca atakujemy oczywiście informację turystyczną, w której dostajemy mapę miasta z zaznaczonymi w języku angielskim jego najważniejszymi, największymi, i wartymi uwagi miejscami. Jako, że nie mamy rezerwacji, decydujemy się na jeden z hoteli polecanych w Lonely Planet. Jak zawsze w takich przypadkach hotel jest po drugiej stronie miasta. Taksówka w ogóle odpada, a stać autobusem w korkach? Uderzymy sobie na piechotkę. No więc jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy i ledwie po dwóch i pół godziny dotarliśmy do celu.

Cena za pokój nas zastrzeliła. Był to chyba nasz najdroższy nocleg w Japonii. Dokładnych kosztów w tej chwili nie przytoczę, ale pamiętam, że zostaliśmy wtedy bez grosza przy duszy i musieliśmy szukać czynnej poczty, aby wyjąć jakiekolwiek pieniążki. Plecakowa wyprawa, aha!

Ledwie się obejrzeliśmy a zastała nas pora obiadowa. Na mieście w małej knajpce (której zdjęć teraz nie potrafię znaleźć, gdzieś niestety się zawieruszyły) decyduję się na zupę i małe piwko. Dostaję glinianą wazę z wywarem, i pałeczki do polowania na makaron. No, tego jeszcze nie było. Małe piwko okazało się naprawdę małe, bo 150ml buteleczka swobodnie mieściła się w mojej dłoni. Żołądek oszukany, można kontynuować spacer po mieście. Oczywiście przez cały te czas pijemy litry wody, która zwyczajnie z nas uchodzi. Do tego dziesiątki puszek z mrożoną kawą i lody, lody, lody. W Japonii mają przepyszne lody, gdyby ktoś się pytał 😉 Jeszcze małe zakupy w centrum miasta. Wysłana jakaś kartka, coś do jedzenia na kolację/śniadanie. Do tego coś słodkiego, jakaś pamiątka i pora kierować się do hotelu.

W czasie naszego powrotu spotykamy dużo osób ubranych, jak byśmy to powiedzieli, normalnie. Czyli buty, jeans, jakaś koszulka. Nagle gdzieś pryska ten oficjalny ‚trend’ i po godzinie 16/17 ludzie ubierają się ‚inaczej’, bardziej europejsko. Oczywiście nie brakuje na ulicach ludzi w kimonach i drewnianych japonkach. Kobiet z pięknymi kokardami i grzebieniami we włosach, mężczyzn z finezyjnie upiętymi w kok włosami… Kyoto jawi nam jakby dwa obrazy. Oficjalny, ‚roboczy’ i drugi codzienny, domowy. Kolejna ciekawostka, która zajmuje nas aż do godzin wieczornych. Pomni kłopotu ze znalezieniem hotelu/hostelu siadamy i próbujemy znaleźć jakieś tanie noclegi w Tokyo, ale nic nam z tego nie wychodzi. Jakoś to będzie, najważniejsze, że dzisiaj nam nic na głowę nie leci, a co będzie jutro, pokaże życie.

Rano budzimy się wcześnie, też jakoś koło szóstej. Przed papierowymi drzwiami czeka na nas już świeżo zaparzona herbata. Śniadanie… cóż, pora ruszyć nasz puszkowy zapas. Jako kolejną ciekawostkę – wrzucam porównanie chleba z naszą konserwą.

i nasz spokojny hotelik, który naprawdę polecamy!

Kolejny wypad na miasto i dwa podstawowe założenia. Świątynia i cytadela.

Niestety udaje nam się zrealizować jedynie ten pierwszy, ponieważ okazuje się, że cytadela jest akurat zamknięta. Nie pozostaje nam nic innego, jak zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie przed zamkniętą bramą. Szkoda, bo poświęciliśmy naprawdę kupę czasu, żeby się do niej dostać. Obchodzimy jedynie całą dookoła podziwiając z zewnątrz mury i naprawdę imponującą fosę…

Postanawiamy nadłożyć jeszcze troszkę drogi i odpocząć w parku. Czeka nas ponownie kluczenie po ulicach Kyoto, które zdecydowanie należy do przyjemnych. Znowu, jak w Osace, gubimy się w jakichś sklepach, na bazarkach i knajpkach/barach szybkiej obsługi. Po drodze jeszcze zakup herbaty, z którą, jak się później okaże będą nie małe problemy przy przekraczaniu granicy…

i około 17-18 lądujemy w parku. Zaskoczeniem jest dla nas jego wielkość. Na mapce, którą otrzymaliśmy w informacji turystycznej, był zdecydowanie mniejszy. Ludzie przychodzą tutaj, tak jak i my, aby odpocząć po ciężkim dniu. Nie ma typowego dla świata zachodniego menelstwa ani grup dresów, patrzących spode łba na wszystkich wokół. Jest masa zieleni, całe aleje kwitnących kwiatów i mnóstwo ptaków, których śpiew w dalszych zakątkach parku zagłusza nawet wielkomiejski ruch. Że też w Warszawie nie ma takich miejsc jak tamto…

Koniec końców pora się zbierać. Znowu trochę za szybko, ale musimy wrócić do hotelu po nasze graty i zdążyć na ostatni autobus, który zawiezie nas z nimi na dworzec autobusowy.

O 23 łapiemy nocny autobus z Kyoto do Shizuoki. Planowo o 5.50 mamy być na miejscu więc nie ma się nad czym zastanawiać i z miejsca niemal zasypiamy w autobusowych fotelach. Uff…

Podróż mija nadzwyczaj szybko. To najpewniej przez zmęczenie materiału. 11.000 przejechanych kilometrów, więc te kolejnych 300 leci bardzo szybko. W Shizuoce przesiadamy się w pociąg do Fujinomiji. Przed 8 rano jesteśmy na dworcu, gdzie wita nas cisza i spokój…

Oczywiście w ruch idzie mapa. Kawałek do przejścia będzie. Autobus około 1.000Y od głowy, dlatego decydujemy się na pieszą wędrówkę. Po około 4 godzinach marszu w palącym słońcu najchętniej rzucilibyśmy to wszystko i odpoczęli. Kończy się nam woda, a wszystkie mijane sklepiki są pozamykane.

Nareszcie lituje się nad nami (to chyba najlepsze słowo) jeden jegomość pracujący w tartaku. Jak większość Japończyków nie mówi po angielsku, ale za to z uśmiechem na ustach bierze nas za ręce i prowadzi na tyły zakładu. Tam naszym oczom ukazuje się mały kranik i… miska. Wskazując na nas pokazuje, że możemy się trochę schłodzić i uzupełnić puste butelki. W zamian przywiązujemy do kranu małą torebkę z ruskimi cukierkami. Kończą się nam już słodycze 😉

Chwilę później, kiedy wracamy już na nasz ‚szlak’ zatrzymuje się przed nami auto, a w nim szczerzy się do nas para Japończyków. Śmieją się, ponieważ widzieli nas jakiś czas temu, jak jechali gdzieś do rodziny. Teraz wracają, a my dalej idziemy i idziemy. Wobec tego pomyśleli, że podrzucą nas kawałek, jeżeli się zgodzimy. Ależ oczywiście, że się zgodzimy! Gdzie idziecie? Na Fuji. No to wsiadajcie.

Nie pamiętam nawet jak się nazywali. Trochę szkoda, bo z tej ich podwózki też wyjdzie większa afera, którą zaraz opiszę, i warto by było znać choćby ich imiona, aby móc rzetelniej skrobnąć co nieco o tej przygodzie. Niestety kartki z adresami e-mail, imionami, datami gdzieś się zawieruszyły podczas podróży. Może tutaj E. pomoże? 😉

Tak czy siak łamanym angielskim zaczęliśmy się jakoś dogadywać. Przedstawiliśmy się, powiedzieliśmy skąd jesteśmy i dokąd jedziemy. Pokazaliśmy z uśmiechem butelki z wodą, której zapas wzięliśmy z tartaku, potem mapę z przebytą już przez nas trasą. Opowiedzieliśmy o Osace, w której spotkaliśmy Kanę, i o podróży przez Syberię… Japończycy dziwili się po swojemu, w bardzo ekspresyjny, znany tylko im sposób. Po chwili zatrzymaliśmy się przed jakimś małym sklepem i nasz kiero wyskoczył na małe zakupy. Wraz z jego żoną zostaliśmy w aucie i rozmawialiśmy o tym, co jeszcze chcemy zobaczyć w Japonii. Mówiliśmy o świętej górze Fuji, o chęci zobaczenia Tokio, o pałacu cesarskim, Oceanie Spokojnym… Japonka patrzyła na nas, jak na wariatów. Ani się spostrzegliśmy jak ze sklepu wrócił jej małżonek. Przytachał dwie reklamówki jakichś wód mineralnych, energetyków, batonów i innych wysokokalorycznych rzeczy i wręczając je nam z uśmiechem poprosił, abyśmy przyjęli mały prezent z ich strony. Następnie oznajmił nam, że jeżeli chcemy wejść na Fuji, musimy mieć dużo siły i dużo zapasów, bo czterotysięczny szczyt, to jednak kawał drogi. Cóż, trudno się nie zgodzić. Bardzo ładnie podziękowaliśmy naszym łamanym japońskim i zaczęliśmy szukać czegoś, żeby się zrewanżować. Padło na ostatnią widokówkę z panoramą Warszawy i ostatnie mamby, których zapas mam zawsze przy sobie od czasu wyprawy na Bliski Wschód. Oczywiście nastąpił króciutki opis widokóweczki, przedstawiliśmy Warszawę, pomnik PW i pałac w Wilanowie, które były na zdjęciach. Do tego dorzuciliśmy po 2 paczki mamby na łeb i Japończycy byli ‚nasi’. Tak jakoś ich sobie zjednaliśmy tymi małymi prezentami, że po krótkiej dyskusji między sobą zaproponowali nam… nocleg. Stwierdzili, że już jest po południu i dzisiejsze podejście pod Fuji nie ma sensu, gdyż noc zastanie nas na podejściu. Także, jeżeli mamy życzenie, możemy przenocować u nich i z samego rana rozpocząć atak na szczyt. Rozwiązanie wydało nam się ze wszech miar sensowne, więc zgodziliśmy się bez wahania.

Kiedy zajechaliśmy pod dom, nie byliśmy w stanie ogarnąć tego, co się w tej chwili dzieje. Japończycy pokazali nam swój przestronny dom i powiedzieli, abyśmy czuli się jak u siebie. Kiedy zrobiliśmy zdziwione miny wyjaśnili nam, że tutaj obok mieszkają rodzice/teściowie i oni przenocują dzisiaj właśnie u nich. Cóż, udostępnione nam w Osace mieszkanie było ogromnym zaskoczeniem, ale, żeby tak cały dom oddawać? I to obcym ludziom? Ogromny przeskok kulturowy.

Oczywiście to nie koniec naszych przygód ze wspomnianym małżeństwem. Po szybkim prysznicu i przebraniu się (z jednych brudnych rzeczy w drugie, ale dobra 😉 ) zostajemy zaproszeni na kolację. Lądujemy w knajpce prowadzonej i tutaj uwaga… przez byłych zawodników sumo. Jakieś dziwne konszachty i przyjaźnie naszego gospodarza tutaj zadziałały i już przedstawiani jesteśmy szefowi/głównemu kucharzowi restauracji.

Jest to bardzo potężny jegomość, jak się mamy za chwilę dowiedzieć wielokrotny mistrz, który jest na zdjęciach tworzących wystrój owej restauracji. Na jednym z nich odbiera nawet nagrodę z rąk samego Cesarza, co jest bardzo wielkim honorem dla obywatela Japonii. Następnie przywitanie z pozostałymi byłymi zawodnikami, którzy również jak jeden mąż przygotowują przepyszne posiłki… No i jemy. Dostajemy tyle jedzenia, że nie mieści się ono na barowej ladzie, przy której siedzimy. I prykaz przy każdym dostawianym talerzu, że musimy zjeść wszystko. Ot, lada jedzenia, co to dla nas…

Oczywiście nie jesteśmy w stanie wszystkiego przejeść. Fenomenalna kolacja. Kiedy przyszła pora uregulować rachunek, zaproponowaliśmy, że zapłacimy. Spotkaliśmy się z serdeczną acz stanowczą odmową. Jako, że jesteśmy gośćmi, nie mamy prawa płacić. Zrobią to nasi gospodarze… Dobrze, my się spierać nie będziemy i bardzo ładnie dziękujemy. Ukradkiem zerkamy na rachunek za ową kolacją dla czworga – 25.000Y – nie mamy żadnych pytań. W najśmielszych przypuszczeniach nie podejrzewaliśmy, że tak zakończy się nasz wieczór. Jak się okazało… Japończycy przygotowali nam jeszcze jedną atrakcję.

Po kapitalnej kolacji, po której nie mogliśmy się prawie ruszać, przyszła pora na odrobinę rozrywki. Japońska specjalność – Karaoke Box. Olbrzymi budynek, z całym mnóstwem pokoi. Wszystkie malutkie, z telewizorem, stołem i kanapami/fotelami/krzesłami. Oczywiście każde jedno pomieszczenie wygłuszone. I tutaj rozpoczęło się picie… Tak sobie śpiewaliśmy anglojęzyczne przeboje (Japończycy pozostawali przy swoich, które brzmiały naprawdę fenomenalnie) popijając kolorowe drinki.

Nasz gospodarz zalał się niemal w trupa, jednak co i rusz zadawał nam pytanie, czy oby na pewno podoba nam się w Japonii? Ot, poczuliśmy się prawie jak w domu 🙂 Ostatnia tego dnia przygoda ma miejsce na parkingu, kiedy już opuściliśmy wspomniany lokal. Po krótkiej wymianie zdań (nie wiemy, czy w grę wchodziły japońskie wulgaryzmy), nasi gospodarze stwierdzili, że to pani będzie prowadzić, ponieważ pan jest zbyt pijany. Cóż cytując klasyka: „Baba plus samochód równa się kłopoty”, zatem po wrzuceniu wstecznego biegu przez naszego kierowcę, usłyszeliśmy tylko jeden wielki huk i brzęk tłuczonej szyby. Tutaj, za sprawą magicznego filaru na parkingu podziemnym, nastąpiła niebywała przemiana. Nasz gospodarz w moment przetrzeźwiał, i miała miejsce zamiana ról. Teraz to Japończyk prowadził, a jego żona siedziała na miejscu pasażera. Cóż, nie zginąłem z pijanym Libańczykiem w Beirucie, to i dam radę z pijanym Japończykiem gdzieś pod Fuji… Tyle tylko, że od strony stłuczonej szyby wiało przez całą drogę. No ale docieramy do domu w jednym kawałku.

Zastanawiamy się tylko ile trzeba mieć szczęścia, aby przeżyć nasze przygody. Po raz kolejny śmieję się trochę z E. która na początku nie dowierzając, powolutku się przełamuje i stwierdza, że w tym moim szczęściu jednak coś jest. I tak zasypiamy w nieswoim łóżku, w nieswoim domu gdzieś na wyspie Honsiu. Matulu, gdzież mnie znowu poniosło…

Z samego rana nasz gospodarz jedzie na mega kacu do pracy. My pozostajemy z jego małżonką, która oferuje nam podwiezienie najbliżej jak tylko się da. Koniec końców mniej więcej około 10 rozpoczynamy nasze podejście pod Fuji.

Oczywiście zostawiam nasze polskie 20 groszy na szczęście. A nóż, kiedyś jeszcze wrócę na Fuji 😉

Przyszedł również czas na drzemkę nad przepaścią.

Jest… ciężko, nawet bardzo ciężko. Ponieważ bagaży nie zostawiamy na dole, a idziemy ze wszystkimi mandżurami, to droga ciągnie nam się niemiłosiernie.

Niestety, grubo przeliczyliśmy się z naszymi możliwościami. Kiedy docieramy na szczyt zapada już noc. Wśród wulkanicznych skał nie bardzo mamy gdzie rozbić nasz namiot. I tutaj pojawia się coś, co nijako nas dobija. Oberwanie chmury, które z czasem przechodzi w nawałnice. Pamiętacie ile razy przestrzegano Was, aby w czasie burzy nie stawać pod drzewem? Nawet nie wiecie z jaką siłą to może do człowieka wracać, kiedy jest na samym szczycie wulkanu. Rozłożyliśmy namiot, do którego wrzuciliśmy plecaki. Niestety, wiatr był tak silny, że nawet dodatkowe kamienie wrzucone w środek nie pomagały. Bezpieczniej było go po prostu zwinąć. I tak zziębnięci, przemoczeni do suchej nitki na szczycie najwyższego japońskiego wulkanu obserwowaliśmy najpiękniejszy (jak dla mnie do tej pory) wschód słońca. Nie wiem, czy ktoś jest sobie w stanie wyobrazić ile szczęścia i uśmiechu daje bezchmurne niebo i takie właśnie, ostre słońce zaglądające człowiekowi w przemęczone oczy…

Wspaniałe chwile, których chyba nie oddadzą owe zdjęcia. I nie ma tutaj nawet miejsca na pytanie, czy było warto siedzieć tutaj i moknąć w ową nawałnicę. Jeszcze chwila na jakieś pamiątkowe zdjęcie, przepakowanie plecaków…

… i pora schodzić. Zejście zajmuje nam kolejne pół dnia. Na dole dochodzimy do pętli autobusowej i tutaj pojawia się mały zgrzyt. Nie ma autobusu a ja nie chcę czekać. E mówi, że jest zbyt zmęczona, więc zostaje. Ja upieram się przy swoim, że szkoda wydawać 80 pln na autobus. Utknęliśmy tym samym w martwym punkcie. E zdjęła plecak i oznajmiła, że nie czuje nóg. Czekamy na autobus, a jeżeli nie chcę, to droga wolna. Cóż, zatem czekam i ja, tyle że z wyciągniętą ręką, próbując łapać stopa. Raz, drugi, piąty nic się nie zatrzymuje, aż mija nas troje Japończyków. Nie znają angielskiego, więc lekko na migi pytam o podwózkę do pociągu. Opis wariacji, jakie tam uskuteczniałem pominę, ale możecie sobie mnie wyobrazić, kiedy pokazywałem na ten przykład pociąg 🙂 Jakimś dziwnym trafem młodzi Japończycy zgadzają się podrzucić nas do stacji kolejowej. Po drodze w komunikacji pomaga nam wujek google i translator japońsko-angielski.

Tak docieramy na dworzec kolejowy i kupujemy bilety na Shinkansen’a. Kosztują one oczywiście fortunę, ale być w Japonii i nie jechać koleją magnetyczną? Tak przecież nie można 😉 Ładnie dziękujemy za podwózkę i wsiadamy w pierwszy pociąg jadący przez Jokohamę do Tokio. Jak zwiedzać stolicę, to zaczynając od wielkiego „Ce”

Z pozdrowieniami dla miłośników kolei… 😉

CDN.

 
4 Komentarze

Opublikował/a w dniu 23 stycznia 2012 w Podróż, Przygoda

 

Tagi: , , , , , , , , , , , ,

 
%d blogerów lubi to: